sobota, 5 kwietnia 2014

Tydzień Weganizmu, Curry z Tofu, a tak w ogóle to cześć

Witam.
Na początek chcę mocno przeprosić za półroczną przerwę, którą sobie zafundowałam po parutygodniowym pisaniu bloga.
Jak to niestety bywa, czasami bywają ciężkie okresy w życiu i nie ma ani czasu czy chęci na pisanie z kimkolwiek, bynajmniej blogowo. Postaram się wrócić i dodać wreszcie jakieś prawdziwe dania :D

W związku iż zaczyna się Tydzień Weganizmu, postanowiłam wypróbować życie jako weganka od 5.04. do 12.04.2014, aby sprawdzić jak to jest, żyć jako człowiek odrzucający z chęcią jedzenie (i nie tylko) pochodzenia zwierzęcego. Czuję, że będzie to ciężkie, bo mieszkam z Mamą, której ten pomysł się nie podoba i już miałam na ten temat pogadankę. Ale cóż, niektórych rzeczy nie można ot tak do siebie brać, dlatego ja biorę się za weganizm.

Na początek muszę przyznać, że danie które zaprezentuję jest z zeszłego tygodnia, dzisiaj pewnie zrobię sobie prosty makaron pełnoziarnisty z sosem pomidorowym (Viva Kreatywność!).

A mowa tutaj o Curry z Tofu!
Przepis po angielsku znalazłam tutaj: KLICK

Wpadłam na nie podczas zakupów w centrum handlowym. Jak to bywa po całym dniu tak zwanego shoppingu, dopada nas wreszcie mały głód. Na szczęście pomyślano tutaj o biednym konsumencie i zadowolona zamówiłam sobie wegetariańskie danie przy stoisku wietnamskim. Tak pysznego fast fooda jeszcze nigdy nie jadłam, a miałam okropną ochotę na curry i mleczko kokosowe.

Do Curry z Tofu potrzebne są takie to składniki:

  • 1 opakowanie tofu 
  • 3 łyżki stołowe oleju roślinnego (ja używam rzepakowy jako przykładny patriota!)
  • 1 mała cebula
  • Ząbek czosnku
  • 1 łyżka stołowa tartego imbiru
  • 2 łyżki curry 
  • pół łyżeczki zmielonej kolendry
  • 1/4 łyżeczki zmielonego kminku
  • szklanka bulionu warzywnego
  • szklanka mleczka kokosowego
  • można dodać jabłko albo mango
Mam nadzieję, że poprawnie przetłumaczyłam. Nie dodałam ani bulionu ani jabłka bo nie miałam, po drugie jakoś wersja z jabłkiem do mnie nie przemawiała, dlatego użyłam mango.


 Cebulę i czosnek posiekać na drobno, aby nie było czuć tych składników później w sosie. Usmażyć na oleju roślinnym do momentu aż się wszystko zarumieni.
Następnie dodać tarty imbir, ja oczywiście nie miałam i dodałam zmielony proszek, zapewne świeży imbir jest smaczniejszy.

Gdy składniki przyjmą kolor imbiru możemy spokojnie zalać je mleczkiem kokosowym. Uważnie mieszajmy je co parę minut, podczas gdy kroimy tofu i mango. Ja pokroiłam tofu w plasterki a mango w kostkę.

Do lekko gotującej się mieszanki kokosowej dodajemy przyprawy, czyli curry, kminek oraz kolendrę. Powoli mieszajmy, aby nie powstały grudki a przyprawy rozprowadziły się równomiernie.

Po 5 minutach zagotowania sosu, dodajemy mango i tofu, aby dusiły się przez następne 5-10 minut na mniejszym ogniu. Chodzi o to, aby tofu przyjęło smak sosu, a mango było lekko miękkie i słodkie.

To Curry samo w sobie jest bardzo kaloryczne, ale jeśli chcemy jeszcze dodać do pieca, możemy zjeść całe danie z chlebem albo ryżem. Ewentualnie, dla fantazji, można posypać orzeszkami ziemnymi albo nerkowcami : )




No i gotowe! Nic dodać nic ująć, bo ujęłam już stosunkowo dużo z przepisu :D

Mnie wyszło bardzo pysznie, smakowało nawet Mamie, która nie przepada za tofu.

Iście wegański, treściwy i pożywny obiad. I jak tutaj trzymać linię?










Na dziś to wszystko, postaram się relacjonować moje postępy podczas tygodnia weganizmu.
Pozdrawiam serdecznie!


niedziela, 10 listopada 2013

Kecz-UP i Czechy.

Witam po długiej przerwie!
Po pierwsze, chciałam podziękować wszystkim którzy udostępnili, skomentowali czy po prostu przeczytali ostatniego posta. Nigdy przedtem nie miałam takiego zainteresowania postem na którymkolwiek z moich blogów. Naprawdę się cieszę, że mogłam wyrazić swoje zdanie i zostało ono dostrzeżone.
Co robiłam przez ostatnie 4 tygodnie? Nie, nie leniuchowałam. Byłam wraz z moją klasą na wycieczce do pięknej i historycznie bogatej Pragi. Oczywiście znalazło się paru antysympatyków, ale nie dałam sobie zepsuć humoru i z chęcią oglądałam zabytki i słuchałam anegdot. A tych ostatnich w Pradze niemało. Zjadłam knedliki, napiłam się kofoli (czeskiej Coca Coli, trochę jak Hop Cola ale pyszniejsza) i kupiłam sobie kalendarz z krecikiem. Tak, mam 19 lat. Nie, nie wstydzę się krecika :D


Będąc u mojego Narzeczonego, zjadłam cały spróbowałam keczup, robiony przez jego dziadka. Był niesamowicie smaczny, aż nie mogło się już potem wziąć do ust kupnego.
No ale po co mamy garnki i przyprawy? Robienie keczupu nie wiąże się z jakąś filozofią, może troszeczkę z matematyką.

Przepis mam z innego bloga, którego to adres zalinkuję TU

Jak zrobić keczup? Potrzebujemy:

  • 1 kg pomidorów (gatunek  według uznania, ważne żeby miał dużo miąższu)
  • 1 średnia cebula
  • ząbek czosnku
  • łyżeczka! soli
  • pieprz
  • papryka ostra
  • papryka słodka
  • 1/8 szklanki octu
  • 1/3 szklanki cukru
  • majeranek
  • oregano
  • parę kuleczek ziela angielskiego oraz owocu jałowca
  • parę goździków suszonych
W oryginalnym przepisie jest nawet napisana miara co do przypraw. Ja takowych nie podam, bo uważam że przyprawy to sprawa indywidualna. Dodałam też majeranku i zrezygnowałam z liści laurowych, bo po prostu ich nie miałam.

Pomidory kroimy w ćwiartki, cebulę i czosnek w kostkę. Wrzucamy warzywa do wielkiego garnka i dodajemy octu, cukru, soli, pieprzu i przyprawy. Jeśli chcemy bardziej pikantny keczup, nie oszczędzajmy na papryce ostrej. Kto woli może też dodać pieprzu cayenne albo chili, w całości bądź w wiórkach.

Gotujemy całość na małym ogniu, aż pomidory się rozpadną i cebula będzie wystarczająco miękka. Teraz będzie rzecz, o której nie mam kompletnie pojęcia i zabrałam się za nią jak pies za jeża, mianowicie przecieranie. Jeśli macie lepsze metody, proszę poinformujcie mnie, bo wydaje mi się, że pewnie jest super sposób. Ja natomiast skorzystałam ze sitka i chochli, trząc nią ile wlezie aby miąższ się odlepił od skórki i wylądował w garnku pod spodem. Udało się na szczęście bez komplikacji.

Następnie kondensujemy nasz sos. Jest jeszcze bardzo ciekły i musimy go odparować. Uwaga, nie jest to gotowanie dla niecierpliwych. Kondensowanie może trwać nawet do 4 godzin..przy dobrych wiatrach rzecz jasna... 

Mnie udało się po 3 godzinach i jestem lekko zszokowana co zostało po takich wielkich pomidorach! Ale chodziło przecież o wypróbowanie przepisu. Uwielbiam frytki (oczywiście ze świeżych, upieczonych w piekarniku, ziemniaków) i brakowało mi naturalnego dodatku, bez konserwantów. Wreszcie taki mam i czuję że następny tydzień będzie mocno ''frytkowy''.




 Proszę bardzo, oto moje śladowe ilości keczupu :D Jest przepyszny!

Do następnego razu i pozdrowienia!

czwartek, 10 października 2013

Rozkmina, czyli dlaczego nie powinniśmy nagabywać mięsożerców będąc wegetarianinem?

Dzisiejszy dzień wprowadził mnie w stan refleksji nad wegetariańskim stylem życia, bo aż! dwa razy miałam na ten temat dyskusję.
Opowiem Wam zatem, drodzy moi, o jednej z współuczennic mych, bo koleżanką nazwać ją nie potrafię. E. od mniej więcej roku jest wegetarianką, choć słyszałam że nawet przerzuciła się na weganizm. Nie ma w tym nic złego, wszak produkuje mniej CO2, ma serce dla zwierzaków, nie traktuje je jak surowiec. Dieta i poglądy z którymi się zgadzamy, no nie?
No właśnie. Poglądy.
Poglądy to jedne z tych rzeczy, którymi powinno się dzielić ostrożnie, z pewną bardzo śmiałą dozą kultury i tolerancji wobec osoby z którą dyskutujemy. E. bardzo chętnie opowiada całemu światu jaką to ona nie jest wegetarianką, że chroni zwierzęta, że brzydzi się, gdy ktoś przy niej je mięso. Wyobraźcie to sobie. Kolega z klasy je sobie chlebek z jego ukochanym salami, a tu wisi mu nad głową E., która z uporem maniaka chce go przekonać do niezwłocznego wyplucia tego kawałka ohydnej padliny! Naprawdę często tak robi, nie będąc pytaną, wygłasza wykład na temat bezczelności i bestialstwa mięsożerców, przez co narobiła sobie sporo ''wrogów''. Może właśnie chciała zdobyć zainteresowanie swojej publiczności, lecz zrobiła to zbyt nachalnie. Teraz nikt już nie lubi jej słuchać, bo wie, że jedyne co usłyszy z jej ust, to wyzwiska i oskarżenia. A tego przecież nikt nie ''kupi''. Dlaczego miałaby osoba, tak wrednie traktowana, kojarzyć nasz styl życia z czymś przyjemnym, jeżeli ciągle słyszy o sobie w samych negatywach?
Nie ubliżając nikomu, żadnej religii...ale taka postawa naprawdę przypomina mi sekciarstwo. Ślepe brnięcie do przodu, myśląc że tylko nasza prawda jest słuszna. A nikt z nas nie lubi sekciarstwa, kojarzy nam się z zakłamaniem, obłudą, wykorzystywaniem. Tak i dzieje z wegetarianizmem/weganizmem, tworzą się podobne uczucia i ze zwykłej miłości do zwierząt robi się, dla takiego nie-wegetarianina, chora ideologia.

No ale zaraz, przecież demokracja jest! Mamy prawo wygłaszać swoje zdanie na temat wegetarianizmu. A żeby nie wyjść na osobę, która się boi powiedzieć własne zdanie, chciałabym
pokazać w jaki sposób ja rozmawiam na niektóre ciężkie i trochę lżejsze tematy.

Oto mój mały poradnik wygłaszania własnego zdania:
- Nie nagabuję nikogo na temat mi bardzo bliski.
- Rozmawiam o moim poglądzie tylko z osobami, które to interesuje.
- Mam prawo bronić mojego zdania, zachowując zdrowe proporcje, bo mogę przekonać do siebie tylko kogoś czującego wyrozumiałość oraz potraktowanego na poziomie.
- Jeśli ktoś moim zdaniem ''przegina'', powinnam bronić swojego zdania stanowczo. Nie będę jednak brnęła w rozmowę z osobą nietolerancyjną, która nawet nie stara się zrozumieć mojego poglądu.

Tak postępuję ja, a działa to też w rozmowach o religii, patriotyzmie i polityce.

Zatem, jeśli chcesz zrobić coś dobrego dla zwierząt, pomóc w ratowaniu świata :D, kultywować wegetarianizm i jego odłamy, nie zmuszaj innych do słuchania. Chętnie zapraszaj do polemiki, aby każda strona mogła poznać i zrozumieć stanowisko drugiej osoby. Bądź tolerancyjny i wyrozumiały wobec poglądu oraz przyzwyczajeń.

Mam nadzieję, że ciekawie napisałam pierwszą "Rozkminę".

Pozdrawiam serdecznie : )

wtorek, 1 października 2013

Peanut Butter Time!

Witam Was, w ten piękny, wczesnojesienny wieczór.

W ostatnim poście narzekałam na mojego blendera-grzybka, który, moim zdaniem, ma zbyt mało wattów, by mógł współpracować sprawnie wedle moich zachcianek.
Czasami jednak szczęście i los się do nas uśmiecha, choć nie bardzo wierzę w takie rzeczy. Byłam z Mamą w sklepie, a że wyprowadzam się za parę miesięcy z domku, Mama ciągle mnie zaopatruje w przeróżniste gadżety, także kuchenne. W sumie szukałyśmy tylko przyrządu do czyszczenia parą (który ma nazwę, ale jej nie pamiętam :D), akurat były super-przeceny i taki sprzęt do mieszkania do naprawdę skarb.
Gdy dotarłyśmy w miejsce wyprzedaży, zauważyłyśmy super secik z Moulinexa, 700 wattów, o tutaj to:












Już dwa dni go posiadamy, i ciągle ten set używam, bo jak nie jakiś krem, to koktajl się zrobi.




Ostatnio pisałam z koleżanką (Greets :P) o maśle orzechowym, bo oczywiście też musiałam się pochwalić że kupiłam tego nowego blendera. Rozmarzyła się, że chciałaby zrobić takim masełko. W sumie jej nie opowiadałam, że miałam zamiar spróbować swoich sił przy robieniu jej ulubionego kremu. Znalazłam orzechy ziemne, żmudnie łupałam/obierałam je i zabrałam się do roboty. A oto przepis:


  • 2 kubki orzechów ziemnych
  • 1 1/2 łyżki oleju z orzeszków ziemnych, albo innego oleju roślinnego
  • Ewentualnie sól, cukier bądź inna przyprawa, którą lubimy

Obieramy orzeszki ze skorupek i prażymy, ja zrobiłam to nie używając oleju, bo stwierdziłam że będzie na końcu zbyt tłusto. Uwaga, bardzo szybko się mogą przypalić. Wiedza z autopsji.
Gdy orzeszki są już lekko brązowe, dajemy im ostygnąć. Po paru minutach możemy wrzucić je do blendera, dodać olej i miksować. Nie poddajmy się, jeśli natychmiast się nie utworzy kremowa masa, trwa to co najmniej 3-5 minut. Zaglądajmy od czasu do czasu do pojemniczka, by zgarnąć ze ścianek ''śladowe ilości orzechów'' :D.

Jeśli po spróbowaniu, uważamy że powinniśmy dodać sól, cukier czy cokolwiek tam lubimy, np syrop z agawy zamiast miodu, spokojnie to róbmy, nie przesadzając. Masło samo w sobie już najczęściej, bez dodatków. będzie smakowało wspaniale.
I jeszcze romantyczna poza przy rozmarynie.

Niby żadna filozofia, a sprawia dużo przyjemności. Jutro z rana natychmiast wypróbuję na śniadanko!


Pozdrowienia

niedziela, 29 września 2013

Pesto Presto!

Oryginalnie Pesto pochodzi z Genui we Włoszech. Może być zrobione z różnych warzyw oraz ziół, lecz najważniejszym składnikiem jest bazylia. Pesto dodajemy jako sos do spaghetti, do serów, sałatek, ale możemy też posmarować nim chleb. Ja najbardziej lubię bułkę pełnoziarnistą z mozzarellą bądź tofu, pomidorkiem a na to zielone cudeńko.
Działa przeciw szkorbutowi (czyli przeciwko niedoborowi wit. C).


Zaczynajmy!


Do Pesto potrzebujemy:

  • mały krzaczek bazylii 
  • 100 g orzeszków piniowych 
  • łyżeczka soli
  • pieprz według uznania
  • plasterek tofu (zamiast parmezanu bądź pecorino)
  • ząbek czosnku 
  • łyżeczka oliwy z oliwek


Ciocia Oliwka nie zdążyła na zdjęcie rodzinne,
więc pozowała sama :P
  Tradycyjnie wyrabia się pesto poprzezugniatanie w moździerzu. Niby posiadam taki, ale wolałam rozdrobnić orzeszki piniowe blenderem.
Gdy z orzeszków zrobi się sypki proszek dodajemy czosnek oraz przyprawy. Dlaczego nie wszystko na raz? Ja osobiście lubię mieć kontrolę nad tym, jak mój kochany blender, który jest już staruszkiem, tnie składniki. Zawsze mogę wtedy też próbować czy dotychczas dobrze przyprawiłam masę. Ważne bowiem jest, aby nie przesolić pesto, które samo w sobie będzie mocno ziołowe, po co zatem psuć sobie smak solą, która jest dodatkowo okropnie niezdrowa.
Kto woli, niech wrzuci więcej czosnku. Zauważyłam przy spróbowaniu końcowym, że mogłam dodać jednak o jeden ząbek więcej.
Na koniec dodajemy tofu i oliwę z oliwek, aby masa zrobiła się bardziej kremowa, oczywiście nadal miksujemy blenderem.



Jeśli jest taka możliwość, przechowujmy nasze Pesto w słoiczku.
Ja zbieram słoiczki np. po dżemach, surówkach, by potem móc użyć je na nowo. Pesto możemy przechowywać w lodówce najwyżej tydzień. Aby pozostało dłużej świeże, musi być szczelnie zamknięte.Możemy dodatkowo uszczelnić pastę przez warstwę oliwy z oliwek (może być też inna, ale tym razem lepiej pasuje). Nie przedostanie się przez nią powietrze ani zapach lodówki. Za każdym razem, a gdy sięgamy po pesto, możemy odlać oliwę na wieko słoiczka, by potem zalać je od nowa.

Et voilà!
Mam zamiar opublikować moje sposoby na użycie pesto do przeróżnych dań, aby pokazać jego zastosowanie.

Pozdrawiam

środa, 25 września 2013

Puk-Puk, to ja.

Witam Was serdecznie na moim nowym blogu Las-Veggias! Będzie to blog, mam nadzieję, w dużej mierze kulinarny. Dlaczego ''w dużej mierze'' Niestety nie zawsze mam czas by gotować, jestem w klasie maturalnej i często zajęta wyłącznie nauką.
Dlatego wymyśliłam, iż będzie to blog nie tylko o gotowaniu, ale także miejsce w którym będę pisała też trochę o sobie, o mojej filozofii życia, moich poglądach. Mam nadzieję, że jakoś dotrę do kogokolwiek z takim ''oryginalnym'' pomysłem. Chciałabym się dzielić swoimi spostrzeżeniami na niektóre tematy.
Nazwa Las-Veggias już na starcie zdradza pierwszą rzecz o mnie. Jestem od dwóch miesięcy wegetarianką, choć to nie moja pierwsza przygoda z tą dietą.

Rok temu byłam przez 9 miesięcy roślinożercą, niestety okazało się że dostałam z powodu nieracjonalnego żywienia się i bardzo małego doświadczenia z tym stylem życia, anemii, czyli miałam za mało żelaza w organizmie by mógł produkować czerwone krwinki. Bez nich nie można poprawnie funkcjonować: Jest się ciągle śpiącym, nieskoncentrowanym. Bywały takie dni, gdy nie widziałam co robiłam parę godzin temu. Następną rzeczą, którą chcę zaznaczyć już na początku to fakt, iż nie toleruję mleka. I nie dlatego, że jestem mlecznym rasistą! Po prostu organizm nie produkuje sam enzymu laktazy, potrzebnego do trawienia poprawnie mleka krowiego. Jestem zatem zmuszona do życia na półwegańsko.
W związku z tym mam zamiar przedstawiać przepisy, w których znajdzie się sporo żelaza, ale także białka, którego my wegetarianie musimy szukać w produktach roślinnych bądź mlecznych (dla tych bez nietolerancji laktozy).

No dobra, dosyć tych smętów, nie chcę przecież nikogo odstraszać tak radosnym inaczej powitaniem.

Dobre strony życia wege są niezliczone. Dla mnie najważniejszą rzeczą to świadomość, że przeze mnie nie urodzi się następna krówka, która umrze (dla mnie zwierzęta nie zdychają) albo zostanie zabita, prawie zamordowana, bym mogła przez maciupeńką chwilę poczuć jej smak. Uważam także, że mięsożercy powinni jeść mniej mięsa. Jest to nie tylko niezdrowe, ale pozwala ''produkować'' (jakże perwersyjny
zwrot jeśli pomyślimy że chodzi tutaj o istotę, która czuje, rozumie i także kocha) nadmierną ilość zwierząt
które traktowane nie są humanitarnie, ale po prostu jak zwykły surowiec. Jedzcie mięso, jeśli nie macie potem kaca moralnego, ale proszę! z umiarem. Kapitalizm i konsumeryzm NIE jest humanitarny. Zabijanie nigdy nie jest humanitarne i nigdy nie będzie.
Następnie zauważyłam że pokochałam dbać o to co jem i jak. Chce mi się próbować nowych, nieznanych smaków, poszerzać horyzonty kulinarne. Chętnie przebywam trochę dłużej niż inni, zabiegani ludzie, w sklepie by odkryć coś dla siebie. Dowiedziałam się o wartościach odżywczych wielu owoców i warzyw, poznałam smak tofu, uczę się je przyprawiać. Jest to naprawdę ciekawa i pasjonująca sprawa. Bardzo podoba mi się podawanie dań Mamie, która z zdziwieniem stwierdza, że to jednak pyszne i nabiera nowego spojrzenia na tego rodzaju artykuły spożywcze.

Naprawdę polecam dietę (nie, nie odchudzającą) wegetariańską, przynosi o wiele więcej przyjemności niż te, które tutaj umieściłam. Może macie ochotę wypróbować ją sami? Choć jestem wegetarianinem dłużej niż jeden miesiąc, zainteresowałam się stroną Fundacji Viva. Zachęca się tam do spróbowania wege-życia na miesiąc. Codziennie dostaje się przepisy, informacje na temat chowu zwierząt oraz ciekawostki o witaminach i minerałach, które tak bardzo potrzebujemy. Oto link: http://www.zostanwege.pl/zostan-wege-na-30-dni/

Polecam także siebie i ten blog, chciałabym być inspiracją dla innych ale także znaleźć inspirację, poznawać interesujących ludzi z interesującymi blogami i historiami.

Pozdrowienia!